Awantura o Basię/14

Free texts and images.
Jump to: navigation, search


XIV
ZNOWU ZACZYNA SIĘ WIOSNA

Jeden wariat ozdrowiał - mówiła pani Tańska z goryczą - ale za to narodził się drugi.

- Kto taki? - pytał wesoło pan Olszowski. - Czy ja?

- Ty też jesteś kandydatem, ale jeszcze nie dojrzałeś. Najbliższą ofiarą jest Basia. Czy wy nie widzicie, co się dzieje z tą dziewczyną?

- Cóż się dzieje? Cieszy się!

- Można się cieszyć i cieszyć, ale nie aż do utraty zmysłów. Ja, gdy wychodziłam pierwszy raz za mąż, powinnam była skakać z radości, bo odbiłam narzeczonego jednej zezowatej pannicy, a przy ślubie miałam twarz jak marmur. Basia lata jak opętana i każdemu rzuca się na szyję. Rozumiem, że to robi ze mną, można by ostatecznie zrozumieć, że to czyni z tobą, ale ona robi tę operację każdemu, kogo napotka. Szota też wycałowała, ale temu bardzo się nie dziwię, bo to przystojny drab. Zarumienił się i uciekł, ale na obiad wrócił, zbereźnik jeden!

- Czegóż babcia chce od niej? Uratowała ojca...

- A właśnie! To był kiepski pomysł...

- Niechże babcia nie gada nonsensów! - śmiał się Olszowski.

- Panie Olszowski! - krzyknęła babcia. - Ja mam osiemdziesiąt lat i nonsensów nie gadam. Może bym gadała, gdybym czytała pańskie książki, ale Bóg mnie przed tym uchronił. Uratowała ojca? Ja twierdzę, że go zgubiła. Tak długo był szczęśliwy, jak długo nie wiedział, co się dzieje na świecie. Śmiał się przynajmniej, a teraz będzie płakał. Nie rozumiał, co do niego mówią i słuchał godzinami, a teraz ucieka, zaledwie słowo posłyszy! Czemu się śmiejesz? Co cię tak bawi?

- Nic, nic...

- Więc się nie śmiej z cudzej krzywdy! Miałam przynajmniej jakieś zajęcie, a teraz co? Co ja będę robiła? Muszę się zawsze kimś opiekować, bo nie mogę tego znieść, że ludzie tak głupio żyją, a ten Bzowski już szuka mieszkania. Naradzają się z Basią, a ja nie wiem nad czym, choć Marcysia podsłuchuje pod drzwiami, ale baba głucha jest już jak pień. A niechby sobie szukała ale on zabierze Basie!

- Pewnie, że zabierze...

- Dobrze, dobrze, niech zabierze... Zgubi dziewczynę! Geografii będzie ją nauczał, i on, i ten drugi pomylony, ten wasz profesor. Geografia jej potrzebne jak chłopu zegarek. Mąż jej będzie potrzebny, nie geografia. Z tym wszystkim co ja będę robiła?

- Niech babcia zabierze się do moich książek!

Pani Tańska spojrzała ponuro:

- Tego się nie doczekasz. Ktoś musi być w rodzinie, co ma wszystkie klepki w porządku.

Nie zaspokojone swoje pragnienie, aby się zawsze kimś opiekować, skierowała w stronę małego Tadzia, dorodnego młodziana, syna Olszowskich, z czego wynikały srogie awantury. Babcia uparła się, że chłopaczek jest mizerny i stanąwszy nad nim jak kat nad skazańcom, wydawała rozkaz:

- Chłopiec musi być głodny. Tadziu, zjedz dwa jajka!

Tadzio bladł na samą myśl o tym, a pani Olszowska wołała:

- Ależ, babciu, na nim ubranie pęka...

- Niech pęka, a odżywiać się musi. Ja w jego wieku wypijałam dziesięć jajek na surowo!

Szybko jednak zapominała o wygłodniałym szkielecie, opasłym Tadziu, bo zajęły ją dwa nadzwyczajne zdarzenia: Bzowski wyprowadzał się, a Szot się żenił. Pierwszej katastrofie nie mogła zapobiec, drugą starała się zniweczyć.

- Bałwan pan jest! - krzyczała podczas niedzielnego obiadu. - Za co się pan będzie żenił? Za aktorskie pieniądze utrzyma pan żonę? Ściany będzie gryzła, nieszczęśliwa kobieta. A zresztą niech gryzie, skoro taka jest głupia, że wychodzi za pana. Ja bym za takiego jak pan ananasa nie wyszła, choćby nas było tylko dwoje na świecie. Wciąż się pan tylko śmieje jak dziedzicznie obciążony idiota. Złe tu panu było?

- Strasznie, strasznie dobrze! - rzekł Szot rozrzewniony, nie zwracając uwagi na to, że babcia sypie bałwanami i idiotami.

- Więc dlaczego pan ucieka? - krzyknęła babcia z wielką pasją.

Nagle jakby osłabła i zaczęła mówić smutno: - Co ja warn wszystkim zrobiłam, że tak ode mnie uciekacie? Walicki umarł, chyba mnie na złość, moja wnuczka odeszła do tego pismaka, Basia odchodzi, teraz pan... Czemu to tak?

- Wszyscy odchodzą, bo muszą, ale wszyscy kochamy babcię - rzekł Szot.

- Muszą... muszą - powtarza pani Tańska. - Niemądre jest życie, jeśli wszyscy muszą wciąż odchodzić. Trudno... Wreszcie i ja stanę dęba i odejdę... Albo nie! Sto lat będę żyła i co mi kto zrobi?

- Niech spróbuje! - krzyknął Szot bohaterskim tenorem.

Znacznie pocieszyło to panią Tańska, rzekła więc życzliwie:

- Przelewać się u was nie będzie, więc pamiętaj, mandrylu, abyś co niedzieli przychodził na obiad z żoną. Jak dawniej! Przyjdziesz?

Szot nie odpowiadał, tylko całował jej zgrzybiałe ręce.

Nazajutrz odbyło się pożegnanie z Bzowskim i Basią.

Bzowski, uzdrowiony przez ten wstrząs, który w nim poruszył zakrzepłą pamięć rzeczy ukochanych, żył - zdawało się - potrójnym życiem, jak gdyby chciał nadrobić zaniedbanie. Poruszał się gorączkowo, mówił wiele, rwał się do jakiejś ciężkiej pracy. Długo mu nie mówiono o straszliwej tragedii jego żony, aby go nowy ból nie pokonał, lecz on sam na tajemnej rozmowie z Basią dowiedział się o wszystkim. Odbył z nią pielgrzymkę na grób, którego darni ze czcią dotknął ustami.

Przez długie godziny Basia opowiadała mu o wszystkim. Z początku nie mógł powiązać zdarzeń i mąciła się w jego umyśle ich kolejność; powoli jednak uciszyły się rozruszane wody, wszystko stężało i zaczęło się utrwalać. Bzowski napisał dwa wzruszające listy: jeden do Williamsa, który go uratował, drugi do Dimauriaca. Najtrudniej mu było odtworzyć swoje własne dzieje po katastrofie na górskiej ścieżce. Zdarzenia sprzed lat dziesięciu tańczyły przed jego oczami jak kłębiące się mgły, lecz nawet te okruchy opowieści, które wygrzebał z samego dna pamięci, były okropne. Zawędrowawszy w nieludzkie pustkowie omdlał z wyczerpania. W jaki sposób znalazł się w brudnej wiosce Jibarów, tego nie wie. Przypomina sobie gromadę czerwonoskórych, rosłych i silnych, niemal nagich, chociaż nielitościwe góry szczuły na nich nocami zimno jak kąśliwego psa. Wyleczyli go z ran, karmili najnędzniejszą strawą, sami nędzarze, i nauczyli rozmaitych robót. Plótł kapelusze, dźwigał ciężary, opiekował się dziećmi. Nachodziły go takie rozpaczliwe chwile, w których jakieś niejasne wspomnienia snuły się mętem przed jego zmartwiałymi oczami, lecz zapominał o nich wkrótce, jak zapomniał własnej mowy i wszystkiego, czym napełniona jest dusza ludzka.

- Nauczyłem się poza tym jednej przedziwnej sztuki znanej jedynie temu zagubionemu w górach plemieniu - mówił patrząc jak gdyby w dalekość.

- Jakaż to sztuka, tatusiu? - spytała Basia wesoło.

- Zmniejszanie ludzkich głów - odrzekł z powagą.

- Zmniejszanie... głów? - krzyknęła Basia.

- Tak. Ci Indianie umieją przedziwnym sposobem kurczyć głowę zmarłego człowieka do rozmiarów głowy niemowlęcia. Każde europejskie muzeum kupiłoby taką głowę na wagę złota.

- To straszne! - zawołała Basia.

W tej chwili przypomniała sobie ze zgrozą, że ojciec czynił zagadkowe ruchy dokoła głowy babci Tańskiej jak gdyby ją mierzył.

- Doszedłem do wielkiej wprawy - mówił on nie zwróciwszy uwagi na nagłą bladość córki. - Teraz napiszę o tym książkę, która wywoła zdumienie. Ja jeden wśród cywilizowanego świata mogę to uczynić. A wiesz...

W tej chwili zaśmiał się serdecznie.

- Czemu się tatuś śmieje?

- Śmieję się z siebie samego... Czy wiesz, że gdy pierwszy raz ujrzałem babcię Tańską, uroiło mi się, żeby jej głowę poddać tej wesołej operacji. Coś mnie ciągnęło do tej głowy. Biedna babcia nie wiedziała, co jej grozi!

Tak mu się wydawało to wesołe, że podczas pożegnalnej kolacji u pani Tańskiej przyznał się do swoich straszliwych zamiarów.

- Niech mi droga babcia przebaczy! - dokończył ze śmiechem. - Już mnie to odeszło.

- To wielka szkoda - odrzekła pani Tańską ku największemu zdumieniu wszystkich. - Wielka szkoda! Na Sądzie Ostatecznym będzie takie zbiegowisko, że nikt na mnie nie spojrzy, a gdybym się tam zjawiła z malutką główką, zrobiłoby się zamieszanie i cały świat by mnie podziwiał.

Bzowski zamieszkał z Basią i wlazł z nieskurczoną swoją głową w gorącą pracę. Pracował usilnie z profesorem Somerem, który doznawszy wielkiego zaszczytu poznania pani Tańskiej, zapałał ku niej wielką sympatią, słuchając wśród wybuchów śmiechu ponurej przepowiedni o rychłym końcu świata i o szachrajstwie nauki twierdzącej, że ziemia jest kulista.

Babcia miała jednak ważniejsze zmartwienie.

Ponieważ nie wiedziała o wszystkim, co się dzieje, wpadła raz na pana Olszowskiego.

- O czym wy wciąż gadacie z Basią i z tym pomniejszaczem głów?

- Albo co?

- Nie wykręcaj się, bo się nie wykręcisz. Dwa razy już byliście u adwokata. Po co?

Pan Olszowski spoważniał.

- Basia - rzekł - oddaje połowę majątku na wychowanie bezdomnych, sierocych dzieci. Sama była sierotą i była bezdomna. Ta złota dziewczyna umie być wdzięczna. Czy babcia ma coś przeciwko temu? Widzę, że nie bardzo, bo babcia ma łzy w oczach.

- Sam masz chyba łzy w oczach, więc kiepsko widzisz! To tak ze starości wilgotnieją mi oczy... Połowę majątku, powiadasz? Nieszczęśliwym dzieciom? Nieźle, nieźle! Powiedz jej... Po co zresztą ty masz mówić, skoro ja jej sama powiem...

- Niech babcia powie na wszelki wypadek.

- Powiedz jej, że gdyby czegoś tam zabrakło, no to ja dodam...

- O, babciu!

- Czemu się drzesz? Dodam, bo mi się tak podoba... Mam tam coś niecoś, bo pochodzę z zamożnej rodziny, w której na szczęście nie było nigdy takiego, co książki pisze... Nie było łapserdaka...

- A ja jednak żyję z pisania książek! - zawołał Olszowski triumfalnie.

- Na razie żyjesz, ale możesz umrzeć na tyfus głodowy. Bądź zdrów! Muszę już iść, bo Marcysia myje sobie dzisiaj głowę, więc może być pożar, bo myje benzyną. Gdyby się tak szczęśliwie zdarzyło, żeby się baba spaliła, dam Bzowskiemu jej głowę. Aha! Czy te prawda, że on za Basią świata nie widzi?

- Za jej sprawą zobaczył świat...

- Rozpuści dziewczynę jak dziadowski bicz! Tego tylko brakowało... Ale ja się tym zajmę! Zawsze się śmiejesz? Czy ja nie mogę powiedzieć słowa, żebyś się nie śmiał? Panie Olszowski, mam zaszczyt pożegnać pana.

Babcia miała rację mówiąc, że Bzowski rozpuszcza Basie. Patrzył w nią jak w obrazek, wodził za nią rozkochanym spojrzeniem. Nieraz wskazując ją palcem mówił:

- To jest... Basia.

Z nią jednak stało się coś przedziwnego. Ponad wiek poważna w owych chwilach, gdy ze zgryzotą w malutkim sercu drżała w Paryżu nadsłuchując każdej wieści o ojcu, niemal dorosła kobieta, gdy z matczyną słodyczą uczyła go najprostszych słów, cierpliwa jak siostra miłosierdzia, najczcigodniejsze stworzenie na świecie, gdy czuwała przez całe noce, jednego dnia zmieniła się całkowicie. Stało się to wtedy, gdy pobity mrokiem jej ojciec powrócił do życia i gdy stał się znowu człowiekiem rozumnym. Wtedy jak gdyby ukończywszy straszliwą pracę ponad siły, odetchnęła pełną piersią, zdjęła z udręczonego serca nieznośny ciężar i tego dnia poczuła z niewysłowioną radością, że znowu ma lat piętnaście. Świat, ciemnością nasiąkły, tak się rozjaśnił, że wszystko na nim rozkwitło. Przybiegła do niej jakaś radość, śmieszna, rozkrzyczana, rozgadana i tańcząca. Zmartwiona kobietka, zawróciwszy ze swej kamienistej drogi, z sarnim pośpiechem pobiegła z powrotem do owego dnia, który się dwanaście razy uśmiechał dwunastoma godzinami. Stała się znowu dziewczątkiem rozpoczynającym swoją wiosnę, burzliwą, zmienną jak marcowe pogody, słoneczną i śliczną. Jednym gibkim ruchem dzikiego stworzonka, co wyskakuje z ciemnego legowiska na zieloność łąki, strząsnęła z siebie wszystko, co ją gniotło i co kamieniem legło na jej młodości. Radość, radość, wszędzie jest radość! Ani przez chwilę nie poczuła dumy ze spełnionego wysiłku. Jej niezmierna miłość uczyniła wyprawę w umęczoną krainę łez i odniosła zwycięstwo, więc nie ma o czym mówić. Ojciec jej odrabiał stracone lata życia, a ona odrabiała teraz wszystkie stracone promieniste dnie. Zawsze biła od niej wesołość, teraz radość buchała z niej jak z dziesięciu młodych serc.

Nie jeden też, lecz dziesięciu autorów nie zdoła opisać ludzkim rozumnym słowem tego wrzasku, jaki się podniósł w szkole po jej powrocie. Mizerne o nim wyobrażenie mógłby dać równoczesny wrzask wielu aparatów radiowych, równocześnie obdzieranych ze skóry. Wzdrygnęła się natura szepcąc zbielałymi usty: "Czy to już koniec świata?"

Niemądrzy ludzie dorośli rozmawiają w ten nudny sposób, że jeden z nich mówi, a reszta go słucha, często zaś po wielu godzinach takiego gadania, żaden z nich nie wie, czego chciał drugi. Panienki rozmawiają zgoła inaczej: czterdzieści ich gada równocześnie, a jedna słucha i ta jedna wszystko rozumie. Wybornym tym sposobem Basia dowiedziała się w ciągu godziny o wszystkim, co było, co jest i co będzie: kto się w kim kocha, kto kogo zdradził, kto się z kim gniewa. Okazało się, że pan Olszowski wyszedł z mody, a miejsce jego zajął prawy łącznikowy, który przyczynił się do zwycięstwa nad "Chelsea" w piłce nożnej. Trzy czwarte jednakże "klasy" oznajmiło Basi wręcz, że jeszcze większym bohaterem jest jej ojciec i że gdyby można otrzymać jego autograf lub kołnierzyk, można by pogadać, czyby mu nie uczynić miejsca w przestronnych sercach, w których pochowano niesławnie liczną już gromadę.

Na zebraniu "sześciu", tych, co to: "na życie i na śmierć i jeszcze dłużej", odbyło się prawdziwe powitanie. W szczęśliwym milczeniu pokazano zadrapania po krwawych znakach wyrytych na pożegnanie. Wymieniono sześćdziesiąt tuzinów pocałunków i uścisków. - A w kim się kocha Zielonooka? - zapytała Basia.

- W jakimś Szocie, bo świetnie grał Mazepę - odrzekł chór. - Ale powiedziała, że zje kredę, sześć ołówków i popije butelką octu, aby umrzeć, bo on się żeni.

- Oj, bo skonam! - krzyknęła Basia trzymając się za brzuch ze śmiechu.

I zaczęła pytlować z siłą stu koni parowych.

RADOŚĆ, RADOŚĆ, NIECH WSZĘDZIE BĘDZIE RADOŚĆ!