Awantura o Basię/13

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XII Awantura o Basię • Rozdział XIII • written by Kornel Makuszyński Rozdział XIV
Rozdział XII Awantura o Basię
Rozdział XIII
written by Kornel Makuszyński
Rozdział XIV


XIII
NARODZINY CZŁOWIEKA

Sędziwa pisarka, Selma Lagerlof, opowiedziała w jednej ze swych książek śliczną legendę o takim pobożnym i wytrwałym rycerzu, co przyniósł w dłoniach do swojego dalekiego kraju na Północy światełko zapalone w Ziemi Świętej. Z taką samą wierną czujnością strzegła Basia podczas dalekiej podróży tej nikłej iskierki, która się zatliła w duszy jej ojca jak w alabastrowej lampie. Dusza, od wielu lat uśpiona i osnuta mrokiem, ledwie drgnęła. Trzeba było nadludzkiego wysiłku, aby migocące, chwiejne światełko nie zgasło. Bóg widzi, że Basia utrzymywała je przy życiu często już ostatnim tchem. Za wszystkie skarby świata nie odstąpiłaby nikomu opieki nad tym szczątkiem najdroższego człowieka. Wymęczona była do ostatecznych granic: miała oczy zapadnięte, lecz wciąż gorejące i wciąż czujne; twarzyczka jej schudła i pociemniała, często drżały jej ręce. Środkami przepisanymi przez uczonych ludzi wzmacniała zniszczony organizm ojca, lecz duszę jego leczyła sama. Nikt inny, najcierpliwszy i najlepszy nawet, nie mógłby jej zastąpić. Usłyszawszy pierwsze rozsądne słowa ojca osłabła z radości, a wielkie, gorące łzy potoczyły się z jej oczu. Byle wytrwać, byle wytrwać! Już jeden promyczek wsiąknął w mroczny umysł, jak o wschodzie słońca pierwszy jego promień wciska się do ciemnej izby przez serduszko wycięte w okiennicy. Przez jej serduszko przebłysnęło to światełko, co padło na jego nieruchome oczy.

Coraz jest lepiej, coraz lepiej... Przez nie domknięte drzwi dojrzała, jak ojciec wziął w ręce książkę. Przyglądał się jej ciekawie, potem zaczął, jak dziecko szukając obrazków, niecierpliwie przewracać jej kartki. Odłożył ją z grymasem niechęci, lecz po chwili coś go znowu ku niej pociągnęło. Otarł ręką czoło, na którym ukazały się krople potu, oznaka nadmiernego wysiłku. Do głębi wstrząsnęło ją jednak inne zdarzenie. Jednego popołudnia usnęła siedząc w głębokim fotelu. Czujna nawet we śnie, posłyszała lekkie, jak gdyby skradające się kroki. Ojciec! Obudzona, patrzyła przez zmrużone powieki, co zamierza uczynić. On pochylił się nad nią i długo wpatrywał się w jej twarz; potem nieśmiałym, skradającym się, kocim ruchem dotknął jej włosów. Dreszcz po niej przebiegł. Po chwili poczuła delikatny dotyk jego ręki na swoich oczach i na twarzy. Wodził ręką jak ślepiec pragnący poznać znajome rysy. Musiało mu to sprawiać przedziwną przyjemność, bo stało się coś nadzwyczajnego: na zmartwiałej jego twarzy ukazało się coś, co mogło być uśmiechem.

Z dnia na dzień, z godziny na godzinę budziła się ta zaczarowana dusza. Opowieść o tym byłaby obszerną historią, pełną ponurości, którą radość przeplata. W ciągu trzech miesięcy odbywał się ten uciążliwy pochód ku samowiedzy, jaki odbywa niemowlę przez pierwsze swoje lata. Dziecko naucza matka, tego biednego człowieka wiodła za rękę mała dziewczynka, jego córka, bohatersko, z namiętnym uporem, z taką niezmierną siłą woli, że zdumiony Dimauriac, po raz pierwszy chyba w życiu nie powiedziawszy barwnego słowa, ucałował ze czcią obie jej ręce, dziecinne ręce. Nie wytrzymał jednak i powiedział jej kwieciście przy pożegnaniu:

- Każde serce ludzkie ma swoją ciemną i słoneczną stronę. Serce pani ma stronę tylko słoneczną. Drogie dziecko, ocaliła pani ojca!

Basia śmiała się płacząc.

Morską, wygodną drogą powiozła ojca do Warszawy.

Oczekiwano ich tam z serdeczną niecierpliwością. Pani Tańska, zaniepokojona i gwałtownie przejęta, codziennie zatruwała życie Olszowskiemu.

- Zostawiłeś dziewczynę z wariatem, który ją jednego dnia udusi. Świetny pomysł! Tylko mężczyzna potrafi tak urządzić...

- Przecie babcia czyta listy Basi! - wołał Olszowski. - Ojciec jej powraca do życia. To dzielna dziewczyna, cudowna dziewczyna! Czegóż babcia chce ode mnie? Basia się uparła...

- Basię trzeba było położyć na kolanie i okrężną drogą wybić jej upór z głowy. Tak ja bym zrobiła! Ale ja, dzięki Bogu, nie piszę książek, więc posiadam jeszcze odrobinę rozsądku.

Słuchała z chmurną twarzą opowiadania Olszowskiego o dziwnej i tajemniczej tragedii Bzowskiego. Pani Olszowska miała oczy pełne łez. Musiał tę opowieść powtórzyć, gdy go odwiedził profesor Somer, niespokojny o los swojego ucznia. Uprzejmie zaproszono i panią Tańska, która rada poznawała nowych ludzi. Babcia jednak dowiedziawszy się, kim jest sławny gość, niespodziewanie stanęła okoniem.

- Nie mam zamiaru - rzekła - poznawać człowieka, który udaje, że umie obliczyć wiek ziemi i gada przy tym głupstwa. Ziemia ma tyle lat, ile ich ma żydowski kalendarz. Kto jak kto, ale Żydzi umieją rachować! A ten wyjeżdża z milionami... Gotów powiedzieć, że i ja mam ze sto tysięcy. Bawcie się z nim sami! Ja sobie zjem obiad z moim Szotem, który niezadługo i mnie pożre, bo ten drab ma chyba ze siedem żołądków.

Depesza od Basi przyprawiła panią Tańska o nieznaczne pomieszanie zmysłów. Zacna kobiecina nie mogła sobie znaleźć miejsca. Krążyła dziesięć razy dziennie między swoim mieszkaniem i mieszkaniem Olszowskich, rozgdakana i niecierpliwa. Wydawała najdziwaczniejsze polecenia i wtrącała się we wszystkie sprawy. Wracała do domu, gdzie spływało na nią jakieś wielkie natchnienie, czym prędzej więc biegła do Olszowskich, aby oznajmić zdumionym ludziom, co jej podszepnął duch jej ognisty.

- Muszą zamieszkać u mnie! - krzyknęła z energią, jak gdyby z góry chciała stłamsić wszelkie protesty.

- Któż ma zamieszkać u babci?

- Szach perski ze swoją ciotką! Któż, jeśli nie Basia ze swoim ojcem?

Pan Olszowski spojrzał na starowinę z rozrzewnieniem.

- Babcia jest strasznie dobra!

- Taka jestem dobra, że gdyby mnie kto przyłożył do rany, toby się wściekł. Co to za dobroć? Mam obszerne mieszkanie czy go nie mam? Mam! Trzy pokoje im odstąpię, a sama zabarykaduję się w czwartym.

- Dlaczego ta barykada?

- Jak to dlaczego? A skąd wiesz, czy taki, co jest na pół Indianinem, nie zechce przypalić starej baby na wolnym ogniu! Czy to gwałtowny człowiek?

- Łagodny jak dziecko.

- Walicki też był łagodny jak dziecko, a na mój widok zgrzytał zębami. Wszystko jedno zresztą! Zamieszkają u mnie, oczywiście nie za darmo... Taka głupia nie jestem! Ze skóry Basi nie obedrę, ale dziesięć złotych miesięcznie musi zapłacić za trzy pokoje.

- To wcale przyzwoita cena! - śmiał się Olszowski.

Pani Tańska, straszliwy łupiskórca, znalazła sobie nowe zajęcie i oddała mu się całą duszą. Urządziła w swoim mieszkaniu walne trzęsienie ziemi, wywracając wszystkie graty do góry nogami. Przy sposobności znalazł się konterfekt jej trzeciego nieboszczyka męża, który tkwił od wielu lat za szafą.

- Kto to może być taki? - pytała babcia. - Jakaś znajoma gęba. Aha! To trzeci... Powiedział, że językiem mogłabym poruszać wielki młyn. Marcysiu! Na strych tego pana! Twarzą do ściany!

Po kilku dniach mieszkanie było przygotowane, natomiast miły Szot, który musiał wieszać firanki i dźwigać opasłe meble, położył się do łóżka całkowicie połamany.

Wreszcie Olszowski oznajmił z przejęciem:

- Dzisiaj przyjeżdżają!

O, jakże inaczej wyglądał nieszczęśliwy człowiek, który jak widmo schodził z okrętowego pokładu w Hawrze! Pan Olszowski patrzy z radosnym zdumieniem: z wagonu wyszedł wytworny dżentelmen, tym się od innych różniący, że w spojrzeniu miał odrobinę obawy i nieśmiałości. Ujął mocno rękę Basi, jak gdyby bał się rozłączyć z nią choćby na chwilę.

Olszowski uścisnął jego rękę i rzekł:

- Serdecznie witamy pana!

Bzowski spojrzał na Basie, jak gdyby od niej czekał wskazówki, co ma uczynić.

- Ojczulku! - powiedziała Basia. - Ten pan to mój dobry wujaszek, który mnie wychował, a ta pani to jego żona. Ja ich bardzo kocham. Przywitaj ich gorąco!

Dziewczyna mówiła powoli, wyraźnie i dobitnie jak nauczycielka w szkole; on jak gdyby wpatrywał się w każde jej słowo i słuchał z natężoną uwagą.

- Rozumiem... tak jest... - rzekł, z niejakim trudem wymawiając słowa.

Podał rękę Olszowskiemu, potem uśmiechnąwszy się pogładził zdumioną panią Olszowską po twarzy.

- Ciociu! - szepnęła Basia. - Ojciec tak zawsze mnie wita...

Bzowski stanąwszy nieruchomo przyglądał się z ciekawością gorącemu powitaniu Basi, uściskom i pocałunkom. Potem na znak dany przez córkę, szedł spokojnie w całej gromadce. Spoglądał szybkimi spojrzeniami na dworzec i okoliczne domy, marszcząc czoło.

- Jaki to piękny człowiek! - szepnęła pani Olszowską do męża.

- A Basia? - zapytał Olszowski gorąco. - Ale śpieszmy się, bo babcia wyskoczy przez okno.

Pani Tańska oczekiwała ich cała w ogniach, tak że mogła podpalić wiotkie firanki. Ze dwadzieścia razy przesunęła na inne miejsce wazonik z kwiatami w pokoju Basi i spróbowała doświadczoną ręką sprężystości materaców.

Nareszcie przyszli.

Pani Tańska, na nikogo nie patrząc, nawet na tego "dzikusa", przytuliła Basie do osiwiałego serca i wielkim zaniosła się szlochem.

- Jesteś, jesteś, dziewczynko! - kapały z jej ust słowa łzami oblane. - Już myślałam... O, niedobre dziecko!... Dziesięć razy mogłam umrzeć... Wyrosłaś, ale schudłaś... Odkarmię cię, jeśli Szot nie zje wszystkiego... Czemu płaczesz?... Pokaż no mi swego ojca!

Basia z oczami pełnymi łez ujęła ojca za rękę i podprowadziła go do pani Tańskiej.

- To babcia, ojczulku... Babcia... Najlepsza na świecie.

- Rozumiem... tak jest... - powiedział Bzowski i uśmiechnąwszy się pogładził babcię po twarzy.

- To bardzo przyjemny człowiek! - krzyknęła babcia ocierając łzy. - Ładnie się wita.

I nie namyślając się długo pogładziła go po obu policzkach.

- Takiej córki jak pan - rzekła potężnie - nie ma nikt inny na świecie.

- Rozumiem... tak jest... - odrzekł Bzowski.

- Ale teraz ona odpocznie, a ja się panem zajmę!

Bzowski spoglądał na nią bacznie, po chwili zaś zwrócił spojrzenie w stronę Basi, która uśmiechnęła się. Wskazując jednym palcem panią Tańska, a drugim ojca mówiła dobitnie:

- Babcia - kocha - ojczulka.

- Mądra dziewczyna! - zawołała pani Tańska rozczulona. - Po mnie to ma! Czemu się pan śmieje, panie Olszowski?

- Bo mi wesoło - odrzekł zuchwale "pan" Olszowski.

Pani Tańska dokładnie spełniła przyrzeczenie. Basia mogła wreszcie odpocząć, bo ojciec dostał się w dobre ręce. Staruszka zajęła się nim jak własnym synem. Objaśniona przez Basie o najdrobniejszym szczególe prymitywnego życia Bzowskiego, ulepszyła jedynie cierpliwą metodę bogacenia tego życia. Wybornym jej pomysłem był rozkaz dzienny wydany Szotowi. Aktor brał każdego popołudnia książkę i wyraźnie, jasno czytał głośno. Bzowski przysłuchiwał się temu czytaniu z wyraźną przyjemnością. Po nieznacznym ruchu warg można było poznać, że niesłyszalnym szeptem powtarza skrzydlate słowa.

Szot czytał Pana Tadeusza, ślicznie, z głębokim wzruszeniem. Po niejakim czasie Bzowski przymknął oczy i zastygł w nieruchomości. Aktor myśląc, że Bzowski usnął, ściszał głos, wreszcie przerwał. W tej samej chwili nieszczęśliwy człowiek otworzył oczy i spojrzał na niego spojrzeniem błagalnym. Pani Tańska promieniała.

- Pan dobrze czyta, panie Szot! - rzekła z uznaniem. - Gdy panu w gardle zaschnie, może pan wypić kieliszek wina, ale tylko jeden. Niech pan nie próbuje żadnego szachrajstwa, bo zaznaczyłam paznokciem na etykiecie i wiem, ile jest w butelce.

Czasem jednak ogarniał ją niepokój. Bzowski witał ją zawsze uśmiechem, czasem jednak wpatrywał się; w nią z dziwacznym uporem. Jednego razu zbliżył się nieśmiało i ku jej największemu zdumieniu zaczął szybkimi ruchami palców dotykać jej głowy, jak gdyby chciał dokładnie poznać jej rozmiary.

- Co to miało znaczyć? - spytała Basi.

- Nie wiem, nie wiem - odrzekła dziewczyna zatroskana.

Było to tym dziwniejsze, że Bzowski powtórzył te pomiary kilkakrotnie. Po każdym takim zabiegu zamyślał się i tarł ręką czoło.

- Kto stracił własną głowę, ten szuka cudzej - szepnęła pani Tańska do siebie. - Ot, biedaczysko!

Polubiła go jednak bardzo. Basię odkarmiała zawzięcie i napędzała do spoczynku.

- Zrobiłaś więcej, niż mogłaś. Odpocznij, drogie dziecko, odpocznij, a ja sobie pogadam z twoim ojcem. Gadała całymi godzinami, zdoławszy opowiedzieć cierpliwemu człowiekowi jedynie kilka epizodów ze swego życia. On słuchał, wpatrzony w jej usta, siedząc bez ruchu.

- Rozmawiałam z nim wczoraj przez cztery bite godziny - rzekła pani Tańska do Olszowskiego. - Skoro to wytrzymał, będzie zdrów. Ja go wyleczę!

- Tylko że to końska kuracja - odrzekł Olszowski prędko odchodząc.

Nie znać było jednakże na Bzowskim zbyt widocznej odmiany. Wyszedł z mroku, ale zatrzymał się na progu świadomości.

- Jakieś wstrząśnięcie wypchnie go za ten próg - mówili ludzie uczeni.

Nikt nie wiedział jednak, co może wstrząsnąć tą duszą zakamieniałą. I nikt nie mógł się dowiedzieć, co w niej ostrym cierniem tkwi najgłębiej. Gdyby ten cierń wyrwać mocnym, niespodzianym ruchem, nagły dotkliwy ból może by obudził tego człowieka.

- Och, gdyby żyła mamusia! - rzekła Basia.

Nazajutrz powiedziała do ojca:

- Tatusiu... dzisiaj... pójdziemy do profesora Somera. Rozumiesz? Profesor Somer... - Tak... rozumiem - odrzekł.

Nagle zamknął oczy i znowu je otworzył. Na jego czole znać było zmarszczony wysiłek, a w spojrzeniu - niepokój. Basi zdawało się, że bezgłośnym ruchem warg powtarza słowa: "profesor Somer". Spojrzała na niego bacznie, on jednak, jak ktoś, komu się coś nie udało, uczynił niecierpliwy ruch ręką. Stał przez chwilę nieruchomo, spokojny jak zwykle, niespodzianie jednak, jakby ożywiony i podniecony, zaczął nerwowo iść ku drzwiom. Obejrzał się, ,czy Basia idzie za nim, i ku największemu jej zdumieniu schodził szybko ze schodów. Ujęła go pod rękę wiodąc przez kilka ulic, profesor bowiem mieszkał niedaleko.

Na schodach począł Bzowski okazywać nienaturalne podniecenie. Basię ogarnął lęk.

Co to wszystko znaczy? - pomyślała z drżeniem. Ogarnęło ją jeszcze większe zdumienie, gdy ojciec sam zadzwonił i po otwarciu drzwi wszedł pewnie, zdecydowanym krokiem. Powiesił kapelusz na wieszaku i szybko skierował się ku drzwiom pracowni uczonego. Pracownia była pusta; profesor Somer znajdował się w pokoju swego syna. Basia, pozostawiwszy ojca samego, pobiegła do profesora i zaczęła mówić szybko:

- Panie profesorze! Ojciec jest w pańskiej pracowni, lecz zachowanie jego jest jakieś niezwykłe.

- Spokojnie, dziewczyno, spokojnie!

- Wszedł tak pewnie...

- Wchodził tutaj codziennie przez trzy lata, gdyśmy pracowali razem nad wielkim atlasem - odrzekł profesor zamyślony. - Chodźmy!

Drugie drzwi, wiodące do pracowni z wnętrza mieszkania, były otwarte. Profesor zatrzymał się przy nich nagle i gwałtownym ruchem zatrzymał Basie. Położyła znacząco palec na ustach nakazując ciszę.

- Ani słowa! - szepnął nachyliwszy się ku niej. - Patrz!

Nieszczęśliwy człowiek, mrokiem omotany, stał na środku przestronnego pokoju zawalonego książkami i mapami; spoglądał dokoła siebie z wyrazem niepomiernego zdumienia i dotkliwej udręki. W oczach miał ból, jakby w senne oczy wdzierało się przemocą jaskrawej słoneczne światło. Podniósł rękę i gwałtownie potarł nią czoło, jakby chciał z niego usunąć jakiś gniotący ciężar. Potem jęknął cichym, przejmującym, niemal zrozpaczonym jękiem.

- O, Boże! - szepnęła Basia.

- Cicho, cicho! - szepnął profesor.

Bzowski poruszył się. Z szeroko otwartymi oczami! zaczął zbliżać się ostrożnie, jak gdyby się skradał, do rozłożystego biurka, na którym rozpostarta była mapa. Przyjrzał się jej głodnym wzrokiem, potem dotknął jej ręką, miękko i pieściwie.

- Uśmiecha się! - zdumiała się Basia.

- Poznaje... - szepnął profesor.

Bzowski podszedł tymczasem do biblioteki i drżącymi palcami począł dotykać grzbietów ogromnych tomów, stojących w nieruchomym szeregu jak grenadierzy. Nagłym ruchem zdjął z półki jeden tom i jakby oszołomiony, przyglądał mu się z natężoną uwagą; potem zaczął przerzucać kartki prędko, prędko... Włożył książkę na właściwe miejsce i westchnął. Obiema rękami objął głowę, jak gdyby nagły ból usiłował ją rozsadzić.

- Jak on strasznie zbladł! - szepnęła Basia.

Profesor nie odpowiedział, tylko ścisnął mocno jej rękę. Był ogromnie poruszony. Coś ważył, głęboko zastanawiał się nad czymś. Patrzył uporczywym spojrzeniem na znieruchomiałego Bzowskiego, na jego śmiertelnie bladą twarz i splecione na głowie ręce. Nagle powziął jakiś zamiar, bo sam pobladł, a usta jego drżały. Wszedł pewnym krokiem do pracowni i głosem, który był mieszaniną radości i drżącego lęku, zawołał:

- Jak się macie, panie Adamie.

Bzowski uczynił ruch tak gwałtowny, jak człowiek trafiony kulą. Zachwiał się, uderzony tym głosem, i cofnąwszy się nagle, oparł się o bibliotekę. Dyszał tak, jakby odbył wielki bieg: przez całe lata, przez dziesięć lat, kamienistych, skrwawionych i strasznych; chwytał otwartymi ustami powietrze jak ten, co wniósł na górę okropny jakiś ciężar i teraz odpoczywa. Krzyknął krótkim, urywanym krzykiem i patrzył na profesora jak na widmo.

- Adasiu! - zawołał profesor tak przejmująco, z takim bólem, że zdawało się, jakby to słowo nalane było krwią.

Równocześnie wyciągnął ramiona, a tamten po błyskawicznej chwili wahania rzucił się w objęcia profesora.

Siwy człowiek gładził go po głowie jak dziecko, jak ojciec pieści syna powracającego z obłędnej, śmiertelnej podróży. Całował tę nieszczęśliwą, bliznami pokrytą głowę tulącą się do jego piersi.

Bzowski szlochał głębokim szlochem.

- Basiu! Oddaję ci ojca... - powiedział profesor dziwnym głosem.