Awantura o Basię/11

Free texts and images.
Jump to: navigation, search


XI
GŁOS ZZA ŚWIATA

W dwa tygodnie później przyszła poparzona Zielonooka do poparzonej Basi. Podeszła ku niej nieśmiało i bez jednego słowa wyciągnęła ku niej ręce. Chmurne oczy Basi pojaśniały i spojrzały ze słodyczą. Ręce miała jeszcze w bandażach, więc je podniosła powoli, lecz już po to, aby nimi przytulić Wandę szlochającą na jej piersi.

- Przestań... przestań... - mówiła Basia. - Bo i ja chyba się rozpłaczę.

Groźba łatwa była do spełnienia, bo łzy zaczęły płynąć same. Nie ma bardziej niesfornych stworzeń niż damskie łzy, szczególnie te, które wypływają z rozczulenia. Żadnym sposobem nie dadzą się zatrzymać. Inżynierowie na próżno łamią sobie głowy nad wynalezieniem tamy przeciwko takim łzom.

Zielonooka oznajmiła Basi, że zawdzięcza jej życie i że do końca tego ocalonego życia nigdy tego nie zapomni. Basia uznała to za przesadę i powołała się na obowiązek bliźniego, który powinien gasić lekkomyślną osobę usiłującą usmażyć się na befsztyk po angielsku. Zielonooka pragnąc zadokumentować, że jest innego zdania, ujęła delikatnie ręce Basi i niespodzianie podniosła je do swoich ust. Twarz Basi pokrył purpurowy rumieniec, jak gdyby ona z kolei pragnęła spłonąć żywym ogniem; czym prędzej przeto obie otworzyły ślozociąg - (czuła odmiana wodociągu!) - i lały ślozy na pożar serc. W tym oczyszczającym ogniu narodziła się, jak salamandra, wielka przyjaźń na śmierć i życie, trudno bowiem wymyślić coś jeszcze poza śmiercią i życiem. Gdyby można było siłę zaklęć i rozmach pocałunków zmienić na energię, starczyłoby jej na pęd do lokomotywy na przestrzeni Warszawa-Otwock.

Gdy się w nich serca ukoiły, a dusze ułożyły skrzydła jak ptaki po burzliwej podróży, Zielonooka rzekła cichutko:

- Czy mi przebaczysz Zygmunta?

- Zygmunt jest dla mnie powietrzem! - rzekła Basia cichym głosem.

- A ja myślałam... O, jak to dobrze! Dla mnie też... To wierszokleta! Wiesz, w kim się teraz kocha?

- Jest mi to obojętne. Nie pragnę wiedzieć... W kimże takim?

Zielonooka wyszeptała jakieś nazwisko, które powitał wybuch śmiechu.

Jedna pani Tańska nie była zbyt zachwycona bohaterskim czynem Basi, znając Zielonooką z opowieści orzekła sucho:

- Trzeba było pozwolić, aby się trochę przyrumieniła.

- Ależ babciu! - zawołała ze zgrozą pani Olszowska. - Jak można nie mieć serca?

- Nie gadaj głupstw! Ja mam serce z masła, ale nie cierpię pychy u młodych dziewcząt. Czy ja byłam pyszna z mojej urody? Zapytaj tych, co mnie znali, gdy miałam piętnaście lat... Z daleka przyjeżdżali ludzie, aby mnie zobaczyć.

Ponieważ ci wszyscy naoczni świadkowie dawno już pomarli, nie można ich było wyciągać z grobów w tak drobnej sprawie, tym bardziej że nierównie ważniejsza zjawiła się na widnokręgu. Pod adresem pana Olszowskiego przyszedł list z uroczystym napisem głoszącym, że go wysłano z ambasady francuskiej. Ambasada zapytywała pana Olszowskiego, czy prawdziwą jest wiadomość, że w jego domu znajduje się panna Barbara Bzowska, od dawna przez całą Francję poszukiwana. W piśmie tym oznajmiono powściągliwym stylem, że trzykrotne listy w tej samej sprawie wysyłane do Basi pod adresem niejakiej pani Tańskiej, u której poszukiwana osoba miała znaleźć schronienie, pozostały bez odpowiedzi.

Rada familijna, zwołana w gwałtownym trybie, odbyła się burzliwie. Pan Olszowski patrząc przenikliwie na panią Tańską zapytał znienacka:

- Czy babcia otrzymała jakieś listy z francuskiej ambasady?

- Być może... - odrzekła babcia. - Cóż jednak obchodzi kogo moja poufna korespondencja z ambasadorem? Owszem pisał do mnie, ale...

- Ale co?

- Ale ja tego wcale nie czytałam!

- Na Boga, czemu?

- Bo nie umiem po francusku.

- A dlaczegóż babcia mnie o tym nie mówiła?

- Po co? Zresztą nieboszczyk Walicki mi odradził, a to był mądry człowiek. Oboje przeglądaliśmy te listy i wyczytaliśmy razem tylko dwa słowa "Barbara Bzowska". Wtedy Walicki zakrzyknął: "Ho! ho!" Gadaliśmy o tym długo i doszliśmy do wniosku, że się Francuzom zachciało Basi. Co miałam robić? Miałam ją oddać Francuzom, jak Józefa Egipcjanom? "Niech pani spali te listy, aby śladu nie zostało!" - mówił Walicki.

- I babcia spaliła?

- Nie tylko spaliłam, ale kazałam Marcysi rozsypać popiół na cztery wiatry.

- Skaranie boskie - mruknął pan Olszowski. - Czy babcia wie, dlaczego Francuzi szukają Basi?

- A skądże ja mam wiedzieć? Ja mam osiemdziesiąt lat! - krzyknęła babcia triumfalnie. - Dlaczego szukają?

- Bo Basia dostała spadek we Francji!

Pani Tańską zerwała się z krzesła.

- Nie może być! A dlaczegóż tego od razu nie napisali?

- Zapewne napisali... Tylko że po francusku.

- Głupstwo zrobiłam, ale to Herod winien nie ja. Mów prędko!... Czy już przepadło?

- Nic nie przepadło.

Prawdziwa, babka Basi, Francuzka, która wyszła za Polaka naturalizowanego we Francji, odziedziczyła po śmierci męża duży majątek. Umarł on w. Indochinach, gdzie przebywał na rządowej posadzie. Tknięta melancholią po tej śmierci, żyła w całkowitym odosobnieniu, cokolwiek zdziwaczała, smutkiem osnuta jak pająk swym przędziwem. Córka jej i wnuczka, o której wiedziała, mieszkały w dalekiej Polsce. W swojej samotni, w dalekim zakątku świata nie słyszała nic o tragedii zięcia ani śmierci córki. Dziwaczny przypadek dopiero zapukał do jej serca... Basia dowiedziawszy się od profesora Somera o adresie pana Gastona Dimaurtac, ocalałego towarzysza wyprawy jej ojca, zaczęła wymieniać z nim owe tajemnicze listy, które tak niepokoiły panią Tańską. Zapytując o dzieje ojca napisała niejedno o sobie i o swojej francuskiej babce. Znał zaledwie jej nazwisko. Przypadek, największy autor świata, sprawił, że pan Dimauriac żonaty był z panną, której rodzice znali doskonale jej babkę. Powróciwszy z Indochin zamieszkała ona w ustronnym domku koło Fontainebleau. Francuski uczony, wzruszony smutną dolą nieznanej polskiej dziewczynki, wybrał się niezwłocznie do starej, zdziwaczałej w opuszczeniu damy i zdołał obudzić jej śpiące serce. Stara kobieta słuchała w smutnym, gorzkim zdumieniu, jakie okropne spustoszenie poczyniła śmierć w jej najbliższym kole. Ocknęła się i zasnute melancholią oczy przemyła łzami. Wyprawiono list do ambasady francuskiej w Warszawie z prośbą o znalezienie Basi. Ponieważ w owym czasie Olszowscy przebywali za granicą, Basia przeniosła się do pani Tańskiej, więc ten adres znał pan Dimauriac i tam skierowano urzędowe epistoły.. które uległy zagładzie ognia.

Dopiero czwarty list odnalazł Basię u Olszowskich. Oznajmiał on o śmierci prawdziwej babki i o testamencie, który walną część ogromnego majątku przeznaczał dziewczynie.

Pana Olszowskiego pouczono, że powinna ona wybrać się do Francji i tam, korzystając z opieki polskiej ambasady i odpowiedniego prawnika, zakończyć zawiłe sprawy spadkowe, tym zawilsze, że jest nieletnią.

Basia nie zdradzała najmniejszej chęci wyjazdu, energicznie buntowana zresztą przez panią Tańską.

- Strzeż się podróży koleją! - mówiła babka. - Raz ci się już nie udało i gdyby nie Walicki, byłabyś skapiała, a Walickiego już nie ma. Zresztą zginiesz w Paryżu... To musi być straszne miasto. Opowiadają, że tam jest podobno więcej aut niż w Warszawie i że koni wcale nie ma, bo je Francuzi dawno już zjedli. Koni nie ma, słyszałaś coś podobnego? Ciekawam, z czego też oni w Paryżu robią serdelki?

Basia nie obawiała się aut, lecz smutku. Kochała tutaj wszystkich gorącą miłością. Tutaj, między nimi, przekonała się, że jednak ludzie są dobrzy, a ci, o których opowiada się, że są źli, są raczej nieszczęśliwi. Mówił jej jednego razu pan Olszowski:

- Za złe mi to biorą, że w moich książkach roi się od ludzi dobrych, jasnych i miłosiernych, a przecie z palca sobie tego nie wyssałem. Zresztą wielką odczuwam litość dla złych, z rozmysłem natomiast sławię. dobroć promienistą. Urojeni ludzie z książek wychodzą z nich jak duchy wywołane z nicości i wchodzą w ludzką gromadę. Serce ludzkie takie jest dziwne, że więcej wierzy jasnemu urojeniu niż mętnej, czarnej rzeczywistości; więc moi dobrzy ludzie z książek korzystając z tego przywileju szerzą wieści o istnieniu dobra i o potrzebie miłosierdzia. Moje książki wędrują pomiędzy rzesze, niechże przeto świecą, niech grzeją, lecz niech nie straszą i nie burzą naiwnej, prostej wiary w serce człowieka.

Dziewczyna wierzyła w nie głęboko. Osobiście mogła oświadczyć, że nie spotkała jeszcze ludzi złych; oczywiście, spotka ich kiedyś, świat bowiem nie jest rajem; oczywiście, że gdzieś istnieją, w jakichś zaułkach życia; los mógł ją, ślepe, bezbronne dziecko, skierować w ich stronę. Więcej jednak musi być na bożym świecie dobrych i miłosiernych, skoro wypchnięta w ludzką gromadę natknęła się na nich właśnie. Z gorącej wdzięczności utrwali w sobie wiarę w dobrego człowieka i wiary tej nie zachwieje w niej nawet krzywda, którą jej może kiedyś wyrządzić człowiek zły. Pan Olszowski, umiejący patrzeć w głębie ludzkich serc, pouczał ją, że rzadkością jest człowiek, który złym się rodzi. Gniewu i złości naucza go głód, nieszczęście, niesprawiedliwość i podłość. Wstrętna ohyda nędzy, której nie powinno być na radosnym świecie, jest najstraszliwszym nauczycielem zła, więc kto nędzę wygania z ziemi, kto jej ze słodyczą ociera łzy, kto jej zimne serce ogrzewa, ten czyni rzecz najszlachetniejszą: zasypuje źródło zła.

Dziewczyna zamyśliła się głęboko.

Dotąd miała w całym swoim bogactwie uczciwe, współczujące serce i tę odrobinę promienistej radości, którą oddałaby na każde zawołanie człowieka nieszczęśliwego. Nie pożywiłby się tym, lecz ogrzałby się przy promieniu. Teraz jest inaczej; teraz posiada majątek, za który można kupić całą górę chleba. Jej mądry nauczyciel, Olszowski, mówił:

- Najsłodszym chlebem jest ten chleb, którym można nakarmić głodnego; trucizną i twardym kamieniem, przez przekleństwo w kamień zamienionym, jest ten chytrze ukryty, zachłannie gromadzony, pleśniejący bez użytku.

Basia mało wiedziała o straszliwym morzu nędzy; skrwawionej, głucho milczącej, zrozpaczonej i ogarniającej cały świat. Zbyt wielkie to były sprawy dla dziewczęcego serca. To wielkie, martwe morze śmierci i opuszczenia nie było widoczne jej oczom, niedaleko patrzącym. Pan Olszowski wie o nim i inni wiedzą.

Ona jednak, jeszcze dziecko, zdaje sobie sprawę, że nawet tuż-tuż, o dwa kroki, w malutkim kole jej życia, dzieje się -jakaś piekąca niesprawiedliwość. Obok siebie, na swojej drodze króciutkiej, spotyka spojrzenia głodne i śmiertelnie smutne, bose nogi, zziębnięte ręce, łachmany i obszarpanie. Przecie i pan Walicki - dobry, och, jak dobry człowiek - nie miał tortów; pan Walicki jednak był mocny i zahartowany, lecz te drobne dziecko drżące na mrozie i skostniałe, które często widuje pod bramą, nie jest ani mocne, ani zahartowane. Przypomina bezbronnego ptaka, nad którym waży się na czarnych skrzydłach straszliwy jastrząb: śmierć. Więcej jest takich dzieci niż wróbli.

Serce Basi spoważniało w zadumie. Nieśmiało wsunęła się do pracowni pana Olszowskiego i mówiła nieśmiało:

- Wujaszku, czy ja będę miała prawo zrobić z tym spadkiem, co mi się podoba?

- Oczywiście - odrzekł pan Olszowski. - W odpowiednim czasie...

- To dobrze... To tylko chciałam wiedzieć...

- Pamiętaj, dziecko - dodał on szybko - że u nas możesz pozostać zawsze. Jak długo nie oślepnę lub jak długo nie rozchoruję się ciężko, wystarczy dla nas wszystkich.

- Wiem o tym! - rzekła Basia ze wzruszeniem. - A czy pomożesz mi, wujaszku, rozporządzić tym majątkiem?

- Z całego serca. Czy masz jakieś plany?

- Mam wiele planów, daj Boże tylko, żeby wystarczyło - zaśmiała się Basia.

W tej chwili zapukano do pracowni.

- Telegram do Basi! - oznajmiła z wielkim przejęciem pani Olszowska.

Basia z lękiem otworzyła ten dziwny papierek, który z równą obojętnością ogłasza szczęście i śmierć.

- Jezus Maria! - krzyknęła zduszonym głosem podając telegram zalęknionemu panu Olszowskiemu.

Pan Gaston Dimauriac donosił w krótkich słowach, że nadeszły nieokreślone wiadomości o ojcu Basi:


JEŚLI NIE TRAGICZNA POMYŁKA MOŻLIWE ŻE ŻYJE PROSZĘ PRZYJECHAĆ NIEZWŁOCZNIE


Basia, blada jak giezło, stała przez chwilę nieruchoma oddychając szybko; potem z niespodzianym wybuchem płaczu przytuliła się do pani Olszowskiej oparłszy głowę na jej piersi.

- Cicho, cicho, drogie dziecko - uspokajała ją pani Olszowska, sama bliska rozpłakanego rozrzewnienia.

Połączonym wysiłkom obojga udało się uciszyć rozełkaną dziewczynę.

- Ja już od dawna nie mogłam sobie dać rady... - spowiadała się Basia. - Nie wiem czemu. Mój ojciec śnił mi się i wciąż powracał we śnie... Powiedzcie mi, czy to naprawdę możliwe, aby jeszcze żył?... Czy można było nie odkryć jego śladów przez dziesięć lat?!

- Możliwe, Basieńko - pocieszał ją pan Olszowski. - Kraj dziki i zapadły... Co ci mówił profesor Somer?

Basia, rozwinąwszy mapę gwałtownym ruchem, zaczęła ich objaśniać: jak, co, którędy?

- Tędy szli - mówiła gorączkowo - a tu zdarzyło się nieszczęście, nad jakąś przepaścią. Pan Dimauriac ocalał jedynie...

- Czy nikt nie szukał twojego ojca?

- Pan Dimauriac był ranny i jak mi pisał, sam nie mógł się tym zająć, coś jednak słyszał o poszukiwaniach, ale o daremnych poszukiwaniach. Ale żeby przez dziesięć lat...

- Nie raz jeden - mówił w zamyśleniu pan Olszowski - ginęli podróżnicy i członkowie wypraw naukowych w dżunglach i puszczach i słuch o nich ginął. Odnajdywał ich albo szczęśliwy przypadek, albo taki szlachetny upór jak upór Stanleya, który w zatęchłej afrykańskiej puszczy odnalazł Livingstone'a. Niedawno, bo przed kilku miesiącami, rozeszły się wieści, że ekspedycja naukowa, którą uważano za przepadła od lat dziewięciu, daje znaki życia. Bądź dobrej myśli, drogie dziecko! Może się właśnie zdarzył taki cud, że twój ojciec przez całe lata ukryty był w jakimś niedostępnym pustkowiu, albo chory, albo niezdolny do powrotnej wyprawy. Na wiadomości pana Dimauriaca nie można budować zbyt wiele, może ona jednak być taką nitką, która cię powiedzie do wnętrza tajemnicy. Co daj, Panie Boże! Już w tym jest jakieś dziwne zrządzenie, że odnalazłaś tego Francuza. Co cię do tego skłoniło?

- Nie wiem sama - odrzekła Basia w głębokim zamyśleniu. - Nie wiem sama. Profesor Somer pokazał mi fotografię ojca... Wtedy mi się wydało, że spojrzał na mnie żywym spojrzeniem...

- Dziwne, dziwne! - szepnął pan Olszowski.

Profesor, zawiadomiony natychmiast o wielkiej nowinie, okazał żywe wzruszenie.

- Wszystko jest możliwe - rzekł z namysłem. - Bzowski mógł przez całe lata przebywać w jakichś indiańskich komyszach, w jakichś górskich odludziach, dokąd nikt nie dociera, bo nie ma po co. Czy Basia pojedzie do Paryża?

- Oczywiście! - zawołała dziewczyna.

- Moje listy będą tam przed tobą, Basiu - rzekł słynny geograf. - Trzeba będzie poruszyć niebo i ziemię, i tych, co żyją poza niebem i ziemią; wszystkich uczonych całego świata. Czy sama pojedziesz?

- Ja z nią pojadę! - oświadczył szybko Olszowski.

Postanowienie Olszowskiego spotkało się jednak z żywym sprzeciwem pani Tańskiej.

- Ty tam po co? - rzekła niecierpliwie. - Sam chodzisz po świecie jak lunatyk i nigdy dobrze nie wiesz, jaki jest dzień tygodnia. Gdyby nie mądra żona, jadłbyś obiad raz na miesiąc. W sam raz dobry jesteś na opiekuna niemądrej pannicy! Musi z nią pojechać Nikt, ktoś energiczny, który sobie potrafi dać radę z samym diabłem, ktoś obrotny i praktyczny...

- Więc kto ma jechać? - zapytał drwiąco pan Olszowski.

- Ja! - zagrzmiała triumfalnie babcia. tylko ja! Ja nie dam zginąć dziewczynie.

- Doskonale - zaśmiał się pan Olszowski. - Z tym tylko kłopot, że babcia nie umie po francusku.

- Powiedział, co wiedział! - rzekła pani Tańska z niesłychanym ogromem pogardy. - Więc cóż z tego, że nie umiem? Po chińsku też nie umiem, a gadałam z Chińczykiem i rozumieliśmy się doskonale.

- Gdzież to babcia gadała z Chińczykiem?

- Tu, na tym miejscu. Przyszedł taki Kitajec, co przedaje kościane figurki i różne bożki z gołym brzuchem, bardzo śmieszna kreatura. Przez pół godziny gadaliśmy sobie na migi i wytargowałam jakiegoś chińskiego małpiszona za połowę ceny. Chciałabym widzieć w Paryżu takiego, co by mnie ocyganił!

- Ależ babcia ma osiemdziesiąt lat! - śmiał się pan Olszowski.

- Tylko człowiek źle wychowany liczy lata kobiecie. Przede wszystkim nie mam osiemdziesięciu lat, bo mi brakuje siedmiu dni, a następnie pozwolę sobie powiedzieć, że nie wiadomo jeszcze, kto ma bardziej zgarbione plecy, czy ja, czy taki, co krzywo siedzi przy biurku. Domyślasz się chyba, o kim mówię?

Pani Tańska była bliska wielkiego gniewu, gdyż wyjazd ukochanej Basi przyprawił ją o rozdrażnienie. Z jawną pogardą przyjęła do wiadomości, że jednak pojedzie z Basią pan Olszowski.

- Jeśli z tego nie będzie nieszczęścia - rzekła opryskliwie - to dlatego tylko, że Bóg czuwa nad pijakami i takimi, co są niespełna rozumu i piszą książki.

Zamknęła się w swoim namiocie jak obrażony Achilles i podczas niedzielnego obiadu zwymyślała cierpliwego Szota od komediantów. Szot jednak miał, taką szczęśliwą naturę, że zły humor babci zaostrzał jedynie jego apetyt.

- Pan już zjada szósty kotlet! - krzyknęła babcia w gniewnym zdumieniu.

- Nigdy mi nie szkodzi, jeśli jem do pary - odrzekł Szot z kamiennym spokojem.

- Ależ to są baranie kotlety! Słyszy pan: baranie!

- Dlatego też zjadłem tylko sześć, cielęcych zjadłbym osiem - odrzekł Szot ze zgasłym uśmiechem.

Pani Tańska osłabła i dlatego tylko gorący zamiar rzucenia w niego ciężką srebrną cukiernicą spełzł na niczym.

Coraz większy jednakże okazywała niepokój, im bliżej było do wyjazdu Basi.

Czyniono do niego pilne przygotowania. Pan Olszowski rozmawiał z prawnikami i składał wizyty w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Musiał rozmawiać z dziennikarzami, wiadomość bowiem o przypuszczalnym ocaleniu młodego uczonego stała się wielkim zdarzeniem dnia. Z telegramu pana Dimauriaca wysnuto długie i barwne opowieści, które żywo poruszyły wszystkich, najbardziej jednak szkołę Basi.

"Klasa" przygotowała jej uroczyste pożegnanie, nie wiadomo bowiem, czy jeszcze kiedy powróci. Patrzono na nią z zachwyconym podziwem. Basia jedzie do Paryża. Basia jedzie na spotkanie zaginionego ojca! Basia to, Basia owo...

Dziewczyna była niemal nieprzytomna od wielkich wzruszeń. Serce jej rwało się do tej podróży, w tę dalekość, na której sinym krańcu ma znaleźć tego jedynego, nieszczęśliwego, który cierpiał przez lat dziesięć. Przebiegał ją zimny dreszcz na myśl, że pogłoska mogła przelecieć z wiatrem i rozwiać się we wiatr. Tknięte taką zrozpaczoną myślą, serce jej ustawało na chwilę, aby zaraz potem napełnić się gorącą nadzieją. Musi, musi odnaleźć ojca! Otoczona jest miłością, jakaż jednak najtkliwsza nawet miłość zastąpi tę wielką, nie darowaną, lecz z niczego się rodzącą i odnawiającą się w każdej chwili i każdej godziny, miłość najbliższego człowieka? Tę miłość, co się przędzie z każdego spojrzenia, z każdego dotknięcia, z każdego uśmiechu i każdego słowa? Basia pragnie jej teraz całą duszą, najgorętszym, łakomym, zachłannym pragnieniem. Ojciec, ojczulek, tatuś... Sponiewierany, pobity przez los i nieszczęście, jasnooki, śliczny! Tym droższy, tym ukochańszy, że taki nieszczęśliwy, cudem odebrany śmierci jak łup tygrysowi... Często w nocy, w uśpionym domu, sieroce dziewczęce serce wołało go cichutkim jękiem. Ojciec, ojczulek, tatuś... Basia tuliła się do tego nieznanego promiennego widma, wyciągała ku niemu ręce, obejmowała go z czułością. Myśl o nim nie opuszczała jej ani na moment. Patrząc na wysmukłego, lekko stąpającego młodego człowieka na ulicy, myślała: On tak musi wyglądać!

Po chwili przychodziło jej na myśl, że okropne przejścia musiały pozostawić na nim bolesne ślady. Wyszukiwała przeto spojrzeniem ludzi młodych jeszcze, lecz mających osrebrzone siwizną skronie. Człowiek taki uśmiechał się widząc, jak nieznana dziewczyna patrzy na niego z zachwytem, co przemocą tłumi okrzyk radości.

Już niedługo, już niedługo!

Pożegnanie z "klasą" było zgoła śmiertelne. Basia pomyślała z rozczuleniem, że gdyby umarła, nie byłoby większego płaczu i narzekania. Gdyby Wisła nagle wyschła, można by potężnie zasilić jej źródła potopem koleżeńskich łez. Dziewczęta płakały z nieokiełznaną rozrzutnością; Basię oddawano sobie w ramiona, aby przyjemną tę, choć zarówno bolesną operację rozpocząć da capo senza fine. Zielonooka wylała takie masy wilgoci, że oczy jej zamieniły się we dwa Zielone Stawki tatrzańskie. Należało to przypisać urzędowemu lekceważeniu uczuciowych wybuchów, że Polski Instytut Meteorologiczny nie zanotował wzmożenia się wilgoci nad Polską centralną i gwałtownego przyboru słonej wody.

Niczym jednak było to pożegnanie, rzec można ceremonialne, w porównaniu z uroczystością tajemną, w najściślejszym kółku sześciu przyjaciółek, takich, co to: "aż do śmierci i po niej też". Na tym zebraniu było mniej łez, więcej za to drżącego milczenia, grobowej powagi i spojrzeń tak czarnych, że lampy przygasły. Przypominało ono ponure obrady sprzysiężonych w katakumbach lub w podziemiach zamkowych zwalisk. "Bracia z Ajaccio" lub "Towarzysze Jehudy" z pewnością weselsze odbywali zebrania. Z rozdzierającym smutkiem przysięgła Basia przyjaciółkom, a przyjaciółki przysięgły Basi, że jedynie całkowity koniec świata rozdzieli ich serca, bo sama śmierć dokonać tego nie zdoła, każda z nich bowiem, nawet po śmierci, nie zapomni i powróci jako duch. Ponieważ zaś z dawien dawna krwią jedynie uroczyste pieczętowano pakty, więc sześć śmiertelnych przyjaciółek wydrapało sobie na skórze ramienia krwawe znamię w kształcie litery B. Basia pomyślała z odrobiną przestrachu, że - płacąc krwią za krew - powinna wyryć na swoim ramieniu sześć liter sześciu imion. Wyjaśniono jej jednak, że wystarczy, jeśli je sobie wyryje na korze serca, i to tylko "na niby", bez śmiertelnej operacji.

Płonącym stylem proroka Jeremiasza, który groził swojemu językowi, że mu do podniebienia przyschnie, gdyby zapomniał Jeruzalemu, złożono sobie wzajemną przysięgę grożącą zagładą i nieszczęściem nie tylko obrotnemu językowi, lecz wszystkim kończynom, dolnym i górnym, gdyby jedna zapomniała o drugiej, a one o Basi. Dopiero po wyczerpaniu wszystkich ciemnych szczegółów obrzędu pozwolono sobie, już poza programem, na odrobinę przyjemności, na wylanie odpowiedniej ilości łez.

Bardzo pokrzepiło Basie to przyjacielskie zebranie i tych sześć krwawych znamion przypominających żywo znaki na chusteczkach. Przekonała się, że pozostawia poza sobą wierny hufiec, który jej odkrzyknie, chociażby zawołała z końca świata. Dlatego było jej przykro cokolwiek, gdy jej pan Olszowski zabronił zdradzenia koleżankom dnia i godziny odjazdu.

- Nie pragnę spektaklu na dworcu! - rzekł do Basi. - Jeszcze się która rzuci pod koła lokomotywy.

- Wszystko to możliwe - odpowiedziała Basia. - Wierna przyjaźń zdolna jest do wszystkiego. Dobrze, wcale nie powiem.

Nie można było jednak uciec potajemnie przed zagniewaną panią Tańską. Staruszka przyjęła "awanturników" z początku dość mrukliwie, aby "utrzymać fason", nie mogła jednak wytrwać długo w kamiennej pozie. Ryknęła sobie babcia wcale głośno, potem kazała Basi uklęknąć i uroczyście błogosławiła ją na drogę.

- Czego płaczesz? - krzyknęła.

- To nie ja, to babcia...

- Ja? Ja nigdy nie płaczę... Nigdy... Tylko raz jeden: u Ojca Świętego na posłuchaniu. Wtedy powiedział do mnie po łacinie: "Nie płacz, moja córko! Zaraz się skończy!" Ale teraz nie płaczę... Wracaj prędko z ojcem... I powiedz mu, że może przychodzić do mnie na obiad w każdą niedzielę... Z tym Szotem nie mogę już wytrzymać, bo tyle zjada... Masz wszystko na drogę?

- Wszystko, babciu najdroższa!

- Jak mówisz? "Najdroższa"? Dawno już nie słyszałam tego wyrazu... Dawno... Pierwszy mój mąż mówił tak do mnie, ale potem, szelma, uciekł ode mnie...

Marcysia! Przynieś wszystko z mojego pokoju!

Państwo Olszowscy patrzyli z przerażeniem, a Basia z rozradowaniem na olbrzymi tłumok, katowskim związany sznurem.

- Co to jest? - krzyknął pan Olszowski.

- Podróżne drobiazgi - odpowiedziała babcia z przekąsem. - Ty byś o tym nie pomyślał, ale ja pomyślałam. W tym zawiniątku jest poduszka, kołdra, gumowa flaszka na gorącą wodę, spirytusowa maszynka, butelka ze spirytusem. W długiej podróży wszystko się przyda... Aha! Coś tam jeszcze jest... Marcysiu! Co tam jest?

- Pieczony indyk i kilo bulionu - rzekła Marcysia lejąc ślozy na indyka i na bulion.

- To na Paryż! - zawołała babcia. - Bo tam pono karmią pieczonymi ślimakami.

Basia tkwiła w objęciach pani Tańskiej, a pan Olszowski mówił szeptem do żony:

- Zabierz to do domu albo rzuć z mostu do Wisły!

Potem on całował dzielną babkę, która rzekła z niesmakiem:

- Czuć cię cygarami... Człowiek palący cygara nie powinien leźć z gębą do wytwornych kobiet. Marcysiu! Prędko kolońskiej wody!