Awantura o Basię/10

Free texts and images.
Jump to: navigation, search


X
"INTRYGA I MIŁOŚĆ"

Basia wracała do domu jak błędna. W króciutkim swoim życiu widziała już śmierć dwa razy, a myślała wciąż o trzeciej: w przepaści dalekiej ziemi. Dwa razy dotknęła jej ręką. W tej chwili niosła w oczach ostatni, dobry uśmiech znużonego człowieka, który tym uśmiechem witał spokój wieczysty i niezmącony.

Tak była zamyślona, że niebacznie, w niebezpiecznych miejscach przechodziła przez jezdnię. Nagle posłyszała zdyszane sapanie i gniewny, rozkrzyczany warkot automobilu, który z największym trudem zatrzymał się tuż przed nią. Posypał się w jej stroną grad gwałtownych okrzyków; oprzytomniawszy zaczęła biec w stronę chodnika; umknąwszy jednak przed śmiercią nie zdołała umknąć przed policjantem, który stanął przed nią w marsowej grozie.

- Czy panna nie ma oczów? - zadał jej pytanie zgoła ironiczne, gdyż dwoje oczów patrzyło w niego z pokornym lękiem. - Trzeba będzie zapłacić złotówkę... Ma panienka pieniądze?

Basia miała pieniądze i już chciała otworzyć torebkę, lecz zatrzymała się. Pokorny lęk ciężkiego przestępcy nagle gdzieś się zapodział, a bezczelna damska figura, mącąca haniebnie prawidłowy ruch uliczny, spojrzała bystrze na pogodne oblicze przedstawiciela publicznego porządku i rzekła:

- Dobry wieczór, panie Michale!

Granatowy człowiek otworzył szeroko urzędowe usta i jakby stężał wedle tej samej metody, której użyła żona Lota zamieniwszy się w słup soli. Przez jezdnię przemknęło, chytrze i podstępnie, najmniej dziesięciu lekkomyślnych Lechitów, zanim odzyskał mowę i buchnął okrzykiem jak fontanna:

- Panna Basia!

Zdawało się przez chwilę, że w obliczu niesfornego świata, mającego skłonność do wpadania pod auta, zbrojny mąż zacznie całować rączki dziewczynki; pohamował się jednak i tylko oczami krzyczał, że go większa nie mogła spotkać przyjemność i że dawno wspanialszej nie zaznał radości. Tego nie mogły mu zabronić żadne przepisy. Dawny Michałek, wierny służka pana Olszowskiego, ósmy brat śpiący, trzeci z kolei opiekun Basi, jej wyznawca i wielbiciel, a obecnie wspaniały rycerz przypasany do rewolweru i pałki, otworzył po raz drugi wspaniałą gębę, tym razem w szerokim uśmiechu. Drugi dziesiątek niesfornych Lechitów, korzystając z tego otumaniałego stanu władzy, przebiegł przez jezdnię w niedozwolonym miejscu.

- O, jak się cieszę... o, jak panienka wyrosła... - mówił szybko granatowy mąż. - Teraz nie mam czasu na rozmowę, ale czy ja mogę przyjść do państwa?

- Musi pan przyjść! - rzekła Basia serdecznie. - Do widzenia!

- Chwileczkę! - mówił czujny żuraw. - Panno Basiu... Proszę się nie gniewać... Ale złotóweczkę trzeba zapłacić!...

Basia zapłaciła złotóweczkę z największą powagą, pan Michał wyprostował się i zasalutował elegancko.

- Proszę się pięknie kłaniać...

Nie wymienił tej szczęśliwej osoby, gdyż zawładnąwszy już zmąconymi zmysłami, dostrzegł dwudziestego pierwszego niesfornego Lechitę, co korzystając z zamieszania przebiegał przez jezdnię, i ułapił go uczyniwszy dwa jelenie susy.

Basia ujrzała go po raz drugi na pogrzebie Walickiego.

Piękny to był pogrzeb. Nie było żadnej nad grobem| rodziny, ale wierni, najwierniejsi odprowadzali go przyjaciele. Pan Olszowski przemówił wzruszająco. Szot łkał wtuliwszy głowę w ramiona. Pani Tańska patrzyła w trumnę twardym wzrokiem, lecz przyśpieszony oddech zdradzał, że burza jakaś tłamsi się w jej sercu. Ktoś rzucił do otwartego grobu mizerną wiązankę kwiatków, lecz podziw ogarnął zebranych, gdy pani Tańska wzięła z rąk zapłakanej kucharki dość pokaźne zawiniątko i pochyliwszy się nad grobem złożyła je u stóp trumny. Nikt nie śmiał zapytać, czym obdarzyła starego aktora na podróż w niebiosy? Jedna Basia wiedziała, że to owe błyszczące, promieniste buty... W nowych butach stanie sobie dumny pan Antoni przed boskim tronem i olśni całe niebo. Umarłe aktory spojrzą z zazdrosnym podziwem i rzekną: "Aleś się, bracie, wyelegantował!" A najbardziej zdumieje się aktor sławny, pan Trapszo, co buty swoje dyrektorskie zszywał białą nitką i czernił je potem umiejętnie, albowiem wielka chwała rzadko w całych butach wędruje przez świat.

Pani Tańska, dowiedziawszy się o ostatnim uśmiechu krwawego Heroda, rzekła krótko:

- Zawsze wiedziałam, że to był oszust. Na gębie miał cmentarz, a śmiał się do środka.

Pomodliła się jednak gorąco, aby mu Pan Bóg przebaczył to ponure szachrajstwo, potem kazała przyjść Szotowi.

- Niech pan w każdą niedzielę przyjdzie na obiad! - rozkazała szorstko. - Niech pan przyjdzie, bo nie mam się z kim kłócić.

- Ale ja jestem spokojnym człowiekiem, szanowna pani!

- Nic nie szkodzi. Przy mnie zrobi się pan awanturnikiem... Będę miała jakieś zajęcie, bo żyję za długo i straszliwie mi się nudzi. A ja mam jeszcze cztery zęby!

Tymi czterema zębami usiłowała rozgryźć twarde zagadnienie:, co to się właściwie dzieje z Basią. Dziewczyna zmizerniała i straciła ten żywy humor, który był źródłem wesołego zamieszania w domu Olszowskich. Pan Olszowski był zaniepokojony. Basia, odwiedziwszy dwa razy jeszcze profesora Somera, poczęła wysyłać tajemnicze jakieś listy i jakieś listy zaczęły przybywać do niej. To było najdziwniejsze, że Basia musiała korespondować z Paryżem, stamtąd bowiem przychodziły odpowiedzi. Nikt nie chciał zapytywać ją o te sprawy.

- Musi wiedzieć, co robi! - orzekła pani Olszowska. - To nie jest głupia dziewczyna.

Pani Tańska zasłyszawszy o tym, od razu odnalazła prawdziwy powód tajemniczej korespondencji:

- Musiała się zakochać w kimś, kto przebywa we Francji!

- Ależ, babciu, cóż za pomysł! - wybuchnęła pani Olszowska.

- Pomysł nie najgorszy - odrzekła babcia. - Aby długo nie szukać, ja sama zakochałam się we Francuzie.

- W kim?

- W Napoleonie III. Byłabym nawet napisała do niego list, ale nie umiałam po francusku. A Basia umie. Zobaczycie, że z tego będzie awantura.

Basia miała wprawdzie romansowe kłopoty, ale na rodzinnej ziemi. Zajmowały one południową stronę jej serca, tę jeszcze dziecinną i pogodną, bo na północnej jego stronie gromadziły się chmury i latały ponad nią troski.

Cała szkoła wiedziała o "śmiertelnej" miłości i krwawym współzawodnictwie genialnego Juliusza, co umiał naprawiać dzwonki, i wieszcza Zygmunta, oblewającego siódmym potem każdy rym niepoliczonych wierszydeł. Basia zapomniała o nich podczas chmurnych dni, wśród których był ten jeden, jesiennym wiatrem wydęty i pomazany skisłym, deszczowym mrokiem: dzień odlotu wędrownego żurawia, biednego Heroda, na wyraj w niebieskiej krainie. Prędko jednak wyskoczyli obaj jak dwa szatany z magicznego pudełka. Dwa cienie wędrowały za nią niezmordowanie i czaiły się na jej drodze; jeden po lewej, drugi po prawej stronie ulicy. Udawała, że ich nie widzi, ponieważ jednak nie można było przejść obojętnie wobec tak niezmiernej miłości moknącej na deszczu i wytrwale prażącej się na słońcu, czasem - bardzo rzadko! - ofiarowała zagadkowe spojrzenie lewym okiem geniuszowi od dzwonków, a prawym geniuszowi od pisania wierszy. Takie łaskawe spojrzenie zostało na wieki wieków zasuszone w poemacie Zygmunta, z którego szczątek zaledwie dotarł do nas:


Uśmiechnęła się do mnie - o serce, ratunku!
Bowiem cóż to jest uśmiech? To pół pocałunku!


Ponieważ na znak obłędnej zgoła radości z tego samego powodu trudno było Juliuszowi naprawić wszystkie dzwonki w mieście, nieszczęśliwy ten człowiek, którego serce było młotkiem Neffa (zobacz w podręczniku fizyki) - postanowił oblec w krwawiące ciało wszystkie swoje groźby. Szczegóły ponurej tej sprawy wyszły na jaw za pośrednictwem kuzynki Juliusza. Opowiedziała ona zrozpaczonym szeptem całej szkole o serdecznej męce naprawiacza dzwonków, który dnia jednego, chmurny jak noc i Achilles w pierwszej pieśni Iliady, uderzył z mocą ręką o stół i zakrzyknął słowami Mickiewicza: "Trzeba tę rzecz skończyć! Bóg nas czy diabeł złączył, trzeba się rozłączyć!" Za czym posłał sekundantów Zygmuntowi.

Przyszło ich dwóch, a chociaż dzień był słoneczny, poecie uczyniło się czarno w oczach. Sekundanci tacy byli mroczni jak dwa postne dni, a tak od nich wiało śmiercią, jak zapach kiszonej kapusty wionie ze starej beczki.

- Wiesz, o co idzie... Szkoda marnować słów, zresztą Julek zabronił nam wymawiać imię jednej osoby, które jest dla niego święte. Stanąłeś na jego drodze, więc jeden z was musi zginąć.

- W takim razie on zginie! - krzyknął poeta nawet dość potężnie, niewątpliwą jest jednak prawdą, że to nie on krzyknął, lecz strach, który w nim mieszkał.

- To się jeszcze pokaże - zaśmiał się jeden z sekundantów i zmierzył poetę uważnym wzrokiem, jak gdyby zdejmował na oko miarę na trumnę.

- Raz kozie śmierć! - oświadczył drugi.

Nie wiadomo dobrze, co w tej śmiertelnej sprawie miała koza do roboty. Ponure to oświadczenie brzmiało na pozór bez sensu, lecz groźny poseł, z obojętnością potraktowawszy kozę, z takim naciskiem wymówił słowo "śmierć", że wykrzyknik po nim przybrał widomy kształt cyprysu, smutnego drzewa rosnącego nad grobem. O to szło!

Cała sprawa toczyła się w największej tajemnicy, dlatego tylko jeden z kolegów o niej nie wiedział, bo na swoje nieszczęście był chory. Wlokła się ona przez dwa tygodnie. Naradzano się nad wyborem broni uśmiercającej całkowicie i bez nadziei ratunku. Co dnia któryś z dobrych towarzyszów podsuwał inny sposób zakatrupienia przeciwnika. Jednym z najznakomitszych, lecz, niestety, niewykonalnym był pomysł, aby do pudełka włożyć jadowitą kobrę, za czym obaj śmiertelni wrogowie mieli na pięć minut wrazić równocześnie ręce w straszne pudełko. Kogo wybierze żmija, to sprawa jej i sprawa losu. Nie można było też urządzić przeciwnikowi kęsim z pomocą broni ani siecznej, ani palnej, gdyż nie było sposobu jej wydostania. Odpadł doskonały pomysł, aby obaj wrogowie zanurzyli równocześnie głowy pod wodą; wygrałby ten, który by miał dłuższy oddech. Taki pojedynek wyborny w lecie, był dość ryzykowny w listopadzie. Z miłości można umrzeć, rzecz jasna, ale po co się zaziębić? Głucha wieść zaczęła wałęsać się po szkole: Skończone! Będzie amerykański pojedynek... Straszny pojedynek...

Już nie czterech, po dwóch z każdej strony, ale trzydziestu sześciu sekundantów, po osiemnastu na głowę, wymyśliło jeden z najokropniejszych pojedynków, jaki zanotowano w awanturniczych dziejach świata. Obaj rywale złożyli ponurą przysięgę, że od dnia 13 - trzynastego! - listopada, od godziny dziewiątej rano przestaną przyjmować pokarmy. Nie wolno im wziąć do ust niczego prócz wody. Wszystkie możliwe szachrajstwa zostały przewidziane. Woda musi być wprost z kranu i nie wolno w niej przemycać chytrze żadnych pożywnych rozpuszczalnych dodatków. Kto zginie, ten zginie. Trudno. Kto wytrzyma, będzie zwycięzcą. Każdemu z przeciwników przysługuje prawo kapitulacji. Może się stawić przed śmiertelnym trybunałem i ogłosić: "Dłużej nie mogę! Poddaję się!" Przez to samo, jako pobity, zejdzie z drogi zwycięzcy i nie wolno mu już nigdy współzawodniczyć w "wiadomej" sprawie.

Cała klasa Basi śledziła z niewypowiedzianym wzruszeniem dzieje tego pojedynku. Na nią patrzono z zazdrosnym podziwem.

- Jakaś ty szczęśliwa! - mówiono.

- Zielonooka jest już cała zielona z zazdrości!...

- Ależ to wszystko nie ma sensu! - mówiła Basia, nieco bez przekonania.

Wielki ją jednak ogarnął niepokój, gdy trzeciego dnia zaczęły krążyć po szkole biuletyny.

- Zygmunt omal że się nie przewrócił...

- Julek jest blady jak śmierć...

Zielonooka Wanda uśmiechała się z politowaniem i wzruszała ramionami.

Czwartego dnia wpadła do szkoły Ewcia Szczepańska z przerażającą wieścią:

- Wiecie? Zygmunt jest umierający!

- O, Boże! - krzyknęła Basia. - Co robić, radźcie, co robić?

- A cóż ty możesz zrobić? To jest honorowa sprawa! Nie mieszaj się do tego...

Basia pobiegła do pani Tańskiej i opowiedziała jej o wszystkim zrozpaczonym głosem. Pani Tańska pomyślała głęboko i rzekła:

- Najlepiej by było, aby obaj skapieli, bo o dwóch idiotów byłoby mniej na świecie!

- Jak babcia może tak mówić?

- Mogę, bo sama znam taki wypadek. Gdy byłam młoda, zakochał się we mnie jeden brunet, na którego nie chciałam patrzeć, bo nie cierpię brunetów. Wtedy przysiągł, że tak długo będzie stał na jednej nodze przed moimi oknami, aż się nad nim zlituję. Stał tak przez pięć dni, przez pięć nocy! Jednego dnia na lewej, drugiego na prawej nodze. Cała okolica zjeżdżała się, aby zobaczyć wariata...

- I co, i co?

- I nic. Kiedy mnie tak wzruszył, że już, już chciałam za niego wyjść, ten drab stanął na obydwóch nogach i ożenił się z moją przyjaciółką, co nad jego poświęceniem płakała z rozczulenia.

Nazajutrz wybuchła awantura wśród chłopców, bo wyborny poeta istotnie zemdlał w szkole i odwieziono go do domu. Na żadne pytania jednak nie odpowiadał i zacisnąwszy zęby nie chciał jeść.

- Ja pójdę do jego rodziców i wszystko powiem! - oznajmiła Basia.

- Może tak będzie najlepiej - zgodziły się zalękłe dziewczęta. - Ale poczekaj do jutra... On się podda.

Zielonooka wtrąciła lekceważąco:

- Albo zmądrzeje!

- Poddał się! Zygmunt się poddał! - zakrzyknął następny dzień.

Ale to nie było poddanie się; to była nieczysta sprawa. Leżący na łożu głodnej boleści poeta otrzymał przez posły tajemniczy list. Przeczytał go mętnym wzrokiem, potem ryknął: "Jeść! jeść!" Ani przed trybunałem nie stanął, ani się uroczystemu nie poddał ceremoniałowi. Rzucił się na jedzenie łapczywie jak tygrys.

- Niesmaczne! - rzekła klasa Basi.

- On mówi zapewne, że jedzenie jest smaczniejsze - rzekła piękna Zielonooka.

- Wanda coś wie... - poszedł szept po szkole.

Zielonooka wydobyła z torebki papier i mówiła niedbale.

- Napisał do mnie wiersz...

Jedna z koleżanek chwyciła łapczywie poemat i odczytała go zdumionemu społeczeństwu. Basia słuchała ze ściśniętym sercem. Ona zna ten wiersz... Ten wiersz napisany był dla niej. Podły poeta wydarł z niego jak serce jej imię i na tym miejscu zasadził Zielonooką. Ach, to tak? Przez jedną chwilę chciała się rozpłakać, ale czy warto płakać? Dlaczego jednak tak uczynił?

Chyba głód pomieszał mu zmysły? - pomyślała gorzko.

Całą klasę zastanowił triumfalny uśmiech Zielonookiej; namiętny szept oznajmił, że ta dziewczyna musiała maczać palce w tej "intrydze i miłości". Wreszcie się wydało, wszystko się wydało! Od zarania dziejów nie zdarzyło się, aby się cokolwiek mogło ukryć w żeńskiej szkole. Wierne koleżanki Basi przeprowadziły dochodzenia, długie i cierpliwe. Siostra Zygmunta, wyłupiastooki pędrak z czwartej klasy, sprzedała zbrodniczą tajemnicę za dwanaście czekoladek. Dreszcz przebiegł po wielu oburzonych sercach, gdy się wiadomym stało, że Zielonooka napisała list do marnego poety i przesłała go przez jego siostrę wyłupiastooką. W liście tym wyśmiała krwawo jego opętaną miłość do Basi i wśród zatrutych kwiatków słów posłała mu własne - zapewne zielone - serce. Nie dbała o niego, lecz dopuściła się potwornej zdrady, byle dokuczyć Basi. Ach! Niektóre dziewczęta miały łzy w oczach. Święta kobieca solidarność została znieważona. Sponiewierana przyjaźń. Serce podeptane. Zielonooka nie zważała jednak na nic. Ośmieliła się oświadczyć głośno wobec trzech koleżanek przejętych zgrozą:

- Jeżeli mi się będzie podobało, to i Juliusz będzie leżał u moich stóp!

Pięknie to było powiedziane, prawie tak jak w teatrze, lecz każde słowo toczył robak.

Basia dowiedziawszy się o tym spojrzała na nią wyniośle, z królewską obojętnością.

- Ta pani zbiera same tandety! - powiedziała. - Wszystko z drugiej ręki... Powinna przeczytać Zemstę o mur graniczny. Powiedział tam Fredro: "Bo nie będę z ziemi zbierał, co Milczkowi z nosa spadło!"

- Świetnie jej powiedziałaś! - orzekła klasa. - W pięty jej poszło!

Milcząca wojna strzelająca huraganowym ogniem spojrzeń i raniąca białą pogardą trwała nieustannie i nie było widać jej końca. Zbliżał się jednak dzień imienin przełożonej szkoły, damy wielce czcigodnej i bardzo kochanej. Święcono go zawsze w sposób nadzwyczaj uroczysty: graniem, śpiewaniem i deklamacją, lecz świetnością świetności były zawsze żywe obrazy. Czcigodna dama musiała przez cztery bite godziny słuchać i patrzeć, co serce jej napełniało wzruszającą radością, a głowę trzydniową migreną, uroczystość ta bowiem stwarzała znakomitą sposobność do publicznego pokazania wszystkich talentów szkoły, w której było siedem słowików śpiewających, osiem cudownych deklamatorek, cztery pianistki i takie dwie, które do siódmego potu umiały dręczyć skrzypce. Pot spływał po tym lubym muzyckim narzędziu, a struny straszliwym bekiem ogłaszały przerażonemu światu, że są baraniego pochodzenia. Każdy talent pragnął dać znać o sobie w tym radosnym dniu. Primadonną uroczystości była jednak zawsze Zielonooka. Nikt nie mógł zdzierżyć tej ślicznej dziewczynie, posągowo pięknej. Nie posiadała żadnych talentów: kot śpiewał lepiej od niej, a głuchoniemy umiejętniej deklamował, w żywych obrazach jednakże była niedościgniona. Toteż głuchy niepokój ogarnął klasę. Bez niej się nie obejdzie, bez tej zdrajczyni! Któż ją zastąpi w uroczystej apoteozie, wymyślonej wspaniale przez nauczycielkę literatury? Na środku sceny, na podniesieniu, ma stać nieruchomo bóstwo z płonącą pochodnią w dłoni; jedna z artystek, wpatrzona w nie, ma wygłosić na klęczkach wiersz, za czym bóstwo, które musi być wspaniale piękne, skłoni przed przełożoną "oświaty kaganiec", jak żołnierz skłania sztandar przed wodzem. Nikt inny nie mógł być bóstwem tylko ona, Zielonooka... Wszystkie wiedziały o tym i ona wiedziała. Kącikiem oka patrzyła drwiąco na zbijające się gromadki radzące szeptem. Zdawała sobie sprawę, że kozy muszą przyjść do woza. Przyszły, z trudem wymawiając słowa:

- Czy będziesz "bóstwem"?

- Nie wiem... zastanowię się... - odrzekła niedbałym tonem.

- Musisz!

- Wcale nie muszę i zrobię, jak mi się będzie podobało.

Dziewczęta były bliskie płaczu. Co będzie, jeżeli zażąda, jak książę Bogusław Radziwiłł od Kmicica, aby klasa przed nią uklękła, a ona nogą dotknie jej czoła?

Zielonooka postanowiła okrutnie igrać z zalękłym sercem całej klasy, nagle jednak, po rozmowie z nauczycielką, zmieniła zamiar.

- Będę bóstwem! - oświadczyła łaskawie.

Nikt nie mógł dojść, skąd ta niespodziana wspaniałomyślność; nikt bowiem nie wiedział, że nauczycielka opisując scenę powiedziała:

- Staniesz nieruchomo, a przed tobą uklęknie Basia Bzowska...

- Basia? - krzyknęła Zielonooka.

- Czemu się tak dziwisz? Basia wybornie mówi...

- Ja się nie dziwię, proszę pani... Ja się bardzo cieszę!

O, przewrotności!

Basi było najzupełniej obojętne, przed kim uklęknie. Zawezwany pilną sztafetą Szot pracowicie i umiejętnie czynił próby i kierował "tłumem". Teatr ten żywo przypominał dom wariatów, więc nieznacznie tylko różnił się od prawdziwego teatru.

Przedstawienie było świetne. Wiele osób płakało z rozczulenia, ale nigdy razem, lecz zawsze z osobna. Gdy śpiewała Zosia, płakała mama Zosi i dwie jej ciotki, po czym szybko ocierały łzy, bo zaczynała grać na skrzypcach Irena; wtedy z kolei obowiązek rzewnego płakania spadał na jej mamę i na trzy jej kuzynki. W ten sposób, powoli, wszyscy odpłakali swoje, nikt nie został pominięty i cała publiczność serdecznie była zadowolona.

Dreszcz przebiegł przez salę, gdy już przebrzmiały wysokie kocie śpiewy i gdy wszystkie baranie kiszki skrzypiec wypłakały swe skargi. Teraz odbędzie się "uroczysty finał". Po podniesieniu zasłony blask padł na salę. Zielonooka, jako bóstwo, promieniała majestatem; w oczach miała zielone błyskawice, królewską dumę na czole. Odziana była w powiewne szaty, lekkie jak obłok. Basia pokornie przed nią klęcząca wzniosła ku niej błagalnie ręce, wołając:

- "Ty światło szerzysz, o dostojna pani, ty nas ku zorzy prowadzisz z otchłani, ty swą pochodnią precz odgarniasz mroki, ku prawdzie wiodąc zawsze nasze kroki!"

- Zniżyć pochodnię! - ostrym szeptem rozkazał Szot spoza kulisy.

Zastygła w pysznej swej pozie Zielonooka, wpatrzona w pokorną Basie, napawała się triumfem. Zapomniała o roli w dumnym zapamiętaniu się. Usłyszawszy przenikliwy rozkaz Szota opuściła płonącą pochodnię tak szybko...

Krzyk przerażenia i gromadny jęk wybuchnął na zatłoczonej sali. Czcigodna przełożona zemdlała. Dziewczęta pisnęły płaczliwym piskiem. Powiewne szaty bóstwa oświaty zapłonęły żywym ogniem.

- Pali się, pali się! - krzyknęło sto zrozpaczonych głosów.

W zielonych oczach bóstwa zamigotał śmiertelny przestrach. Wszyscy tak osłupieli, że nikt nie rzucił się na ratunek. Nie! Nie wszyscy... Basia zerwała się z klęczek kocim ruchem t parząc sobie ręce zaczęła z jakąś oszalałą pasją zrywać z bóstwa płonące szmatki. Zdarła jakąś zasłonę i zaczęła dławić ogień.

- Panie Szot! - krzyknęła przeraźliwie.

Szot wyskoczył spoza kulis i błyskawicznym ruchem zdjąwszy z siebie frak, użył go wspaniale do gaszenia pożaru, po czym porwawszy nieszczęsne bóstwo na ręce, wyniósł je ze sceny.

Basia stała na niej, blada i ciężko dysząca. Ze zdumieniem patrzyła na swoje ręce, jakby chcąc zbadać, dlaczego ją tak straszliwie pieką.